WN 108 Dlaczego w ekonomii podział na lewicę i prawicę nie ma sensu?

Ekonomiści nie dzielą się na prawicowych i lewicowych. Ktoś złośliwy powiedziałby, cytując klasyka, że dzielą się po prostu na mądrych i głupich. Byłoby to jednak niesprawiedliwe, bo tu nie jest tak, że jedna strona zawsze błądzi, a druga zawsze ma rację. Prawdziwy podział przebiega więc gdzie indziej i warto go zrozumieć, bo bez tego nie da się pojąć o co chodzi w ekonomii. Zatem: Jedni uważają, że najważniejsze jest to, co i ile wytwarzamy. Drudzy, że najważniejsze jest to, czy ludzi stać na zakupy. A jest jeszcze trzecia grupa, która mówi, że jedni i drudzy się mylą, ale do niej jeszcze wrócimy. Teraz skupmy się na pierwszych dwóch – Która z nich ma więcej racji?

Dwa wąskie gardła gospodarki

Zacznijmy jednak od tego, skąd w ogóle wzięło się przekonanie, że polityka podażowa jest prawicowa, a popytowa lewicowa. W polityce rzeczywiście utrwalił się taki podział ról. Opisują go Ezra Klein i Derek Thompson w głośnej książce „Abundance”. Republikanie skupiali się na podaży i uważali, że wystarczy uwolnić rynki. Demokraci stawiali na redystrybucję i politykę popytową, w tym na transfery pieniężne.

To jednak tylko nawyk polityczny, a nie prawo ekonomii. I najlepiej widać to po przykładach, które do tego schematu kompletnie nie pasują. Najbardziej podręcznikowy transfer popytowy w Polsce, program Rodzina pięćset plus, działa od kwietnia 2016 roku i wprowadził go rząd prawicowy.

A w Stanach w 2020 roku na papierowych czekach pandemicznych pojawiło się nazwisko Donalda Trumpa. Był to pierwszy taki przypadek w historii wypłat amerykańskiego urzędu skarbowego. Z kolei na lewicy coraz głośniej mówi się o podaży – proponuje się tam coś, co nazywają liberalizmem podażowym. Chodzi o to, żeby budować więcej mieszkań, wytwarzać więcej energii i tworzyć więcej innowacji, a sprawne państwo ma w tym odgrywać ważną rolę.

Mamy więc prawicę, która rozdaje pieniądze, i lewicę, która chce budować. Schemat się rozsypuje.

Podażowy

Na czym więc polega prawdziwy podział? Zobaczmy najpierw tych, którzy uważają, że w gospodarce trzeba się skupić na ułatwianiu wytwarzania dóbr i dostarczania przydatnych usług. Wychodzą oni z dość powszechnego przekonania, że potrzeby ludzkie są tak wielkie, że nie da się ich w pełni zaspokoić. Próbować jednak trzeba, żeby zaspokoić je w jak największym stopniu.

Wewnątrz tej grupy są dwa nurty. Nurt wolnorynkowy za główny problem uznaje to, co ogranicza działalność gospodarczą: podatki i część przepisów o ochronie pracowników. Niektórzy jego przedstawiciele twierdzą wręcz, że szkodliwe są w zasadzie wszystkie regulacje.

Natomiast nurt prorozwojowy mówi, że produkcję ogranicza też brak infrastruktury, kiepska edukacja, za mało badań i rozwoju czy wieloletnie procedury budowlane. Weźmy kogoś, kto chce postawić blok mieszkalny i przez kilka lat czeka na pozwolenia. Tu nie pomoże obniżka podatku. Tu pomoże sprawny urząd.

I to jest ważne: podażowość nie musi oznaczać deregulacji.

Obu nurtom wspólne jest to, że cenią konkurencję, której uczciwość trzeba chronić. Pokazują, jak bardzo poprawiło się nasze życie dzięki wynalazkom i trudowi przedsiębiorców. Ważny jest dla nich PKB i lubią globalizację.

Popytowcy

Po drugiej stronie sporu są ci, którzy pytają: co z tego, że firmy wyprodukują, skoro ludzi nie będzie stać na zakup? Dla nich produkcja nie jest celem samym w sobie. Sens ma dopiero wtedy, gdy towary i usługi trafiają do ludzi.

Weźmy producenta smartphonów, który mógłby produkować dwa razy więcej telefonów, ale klienci liczą każdą złotówkę – z trudem starcza im na podstawowe potrzeby. Nowa linia produkcyjna tu niczego nie zmieni. Zmieni to dopiero efektywny popyt, czyli chęć zakupu poparta pieniędzmi w portfelu.

Popytowcy trafnie pokazują przykłady z historii, w których rozwój hamował właśnie brak siły nabywczej. Dopiero gdy pobudzono popyt, dosypując do gospodarki pieniędzy, problemy mijały, a przedsiębiorstwa poprawiały wyniki.

Pewnie wszyscy znamy inną historię. Rok 1914. Henry Ford podwaja robotnikom płace do pięciu dolarów dziennie, bo chce, żeby było ich stać na samochody, które sami produkują. Piękna opowieść o tym, że gospodarkę napędza popyt. Problem w tym, że w dużej mierze to mit. Praca przy taśmie była tak monotonna, że ludzie po prostu odchodzili. I to dlatego Ford dał im podwyżki.

Weźmy jednak przykład współczesny, czyli Chiny. Produkują bardzo, bardzo dużo, ale ich gospodarka jest nastawiona na inwestycje i eksport. W 2023 roku konsumpcja gospodarstw domowych wynosiła tam około czterdziestu procent PKB. Dla porównania w Stanach Zjednoczonych było to 68 procent, a w Unii Europejskiej 52. Problem dostrzega nawet Pekin. Plan pięcioletni na lata 2026-2030 zakłada wyraźne zwiększenie udziału konsumpcji w PKB.

Żeby było jasne, nie mówię, że chińska produkcja nie przekłada się na dobrobyt. Według Banku Światowego w ciągu czterech dekad ponad osiemset milionów ludzi wyszło tam z ubóstwa, a dochód na mieszkańca wzrósł dwadzieścia pięć razy. Przekłada się jednak słabiej, niż mógłby.

Kto ma więc rację?

Ten spór pewnie nigdy się nie skończy. Większość ekonomistów zgodzi się jednak, że każda ze stron ma rację w innych sytuacjach. Cała sztuka polega na rozpoznaniu, które ograniczenie jest w danej chwili ważniejsze.

Nie ukrywam, że mnie jest bliżej do tych, którzy mówią, że trzeba się skupić na wytwarzaniu. Bo to jest dużo bardziej skomplikowane. Ale jeśli kiedyś uznamy, że napotkaliśmy barierę popytową, to oczywiście reagujmy. Taka interwencja jest technicznie prosta. Transfer typu 800+ czy bezwarunkowy dochód podstawowy to po prostu zlecenie przelewu. Przypomina to odkręcenie kranu: każdy potrafi to zrobić i efekt widać od razu. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy w studni brakuje wody. Wtedy z kranu leci powietrze, a rachunek przychodzi w cenach.  Gdy podaż jest ograniczona, dodatkowe pieniądze nie zamieniają się w produkcję, tylko w wyższe ceny.

Wróćmy jeszcze do zapowiedzianej na początku trzeciej grupy. To ci, którzy mówią, że nie powinniśmy się skupiać ani na tym, żeby więcej produkować, ani na tym, żeby ludzie mieli za co kupować. Powinniśmy raczej ograniczać to, co konsumujemy, bo zbyt szybko, wręcz rabunkowo, eksploatujemy zasoby Ziemi, a to prowadzi nas do katastrofy.

W praktyce proponują coś, co ja nazwałbym zrównoważonym ubóstwem. Mamy zrezygnować z wielu rzeczy, do których przywykliśmy, i żyć na poziomie, na którym nie cierpimy głodu i mamy gdzie mieszkać, ale bez żadnej ekstrawagancji. Sami zwolennicy tego podejścia, w świecie znanego jako de-wzrost, nazywają to inaczej: wystarczalnością.

Trzeba oczywiście dbać o to, jak produkujemy, jak nie marnować zasobów i jak je dobrze wykorzystywać. Natomiast postulat, żebyśmy nagle zrezygnowali z ogromnego dorobku ludzkości, wydaje mi się po prostu szalony.

Wracając do pytania z początku: ekonomiści nie dzielą się na lewicowych i prawicowych. Dzielą się według tego, gdzie widzą główną barierę, w wytwarzaniu czy w sile nabywczej. Każda ze stron ma rację w innych warunkach, a najtrudniejsze jest rozpoznanie, w których warunkach akurat jesteśmy.

Bądźmy więc ostrożni z narzędziami, które łatwo włączyć, a których nie da się wyłączyć. Rozdać pieniądze potrafi każde państwo. Sprawić, żeby było na co je wydać, potrafią tylko niektóre.

Bartłomiej Biga

Posłuchaj i zostań na dłużej

Odcinek można odsłuchać przy pomocy poniższego odtwarzacza. Są tu także linki umożliwiające pobranie odcinka oraz subskrypcję podcastu w najpopularniejszych programach:

Słuchaj w Apple Podcast

Słuchaj na Google Podcasts

Słuchaj w Spotify

Podcast można także obejrzeć w serwisie YouTube.

https://youtu.be/e3Lc2GTmLnM

Poprzednie odcinki podcastu są dostępne tutaj.

 

Podaj tę wiedzę dalej: